Re: Rocket Reel -- demo GAMING1 652£
Dobra, słuchaj, bo muszę to komuś powiedzieć, zanim mnie ta cała sytuacja rozniesie od środka, a mój facet wróci z siłowni dopiero za godzinę, więc mam chwilę, zanim znowu zacznie się ten cały cyrk z obiadem i pytaniem, co dziś robiłam. Jest wtorek, siódma wieczorem, siedzę na balkonie naszego mieszkania na piątym piętrze, wśród doniczek z bazylią, która jakoś przetrwała lato, i prania, które zapomniałam zdjąć, bo akurat miałam call z klientem. Na parapecie stygnie kawa, którą zaparzyłam sobie o szesnastej i do której nawet nie zdążyłam sięgnąć, bo szefowa zrzuciła mi na biurko trzy raporty do poprawy, a w powietrzu unosi się ten charakterystyczny zapach — mieszanka kawy, proszku do prania i odrobiny dymu z papierosa sąsiada z dołu, który pali od dwudziestu lat i chyba nigdy nie przestanie. Za oknem szarówka, ludzie wracają z pracy, a ja siedzę na tym plastikowym krzesełku, w bluzie, która pamięta lepsze czasy, i myślę sobie, że chyba pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę się uśmiecham. A mam trzydzieści trzy lata, pracuję jako menedżerka na zdalnym etacie od czterech lat, mam faceta, który mnie czasem irytuje, ale ogólnie jest w porządku, i mam tęsknotę za czymś, czego sama nie umiem nazwać. No to posłuchaj.
Zaczęło się od tego, że w czwartek wieczorem, po całym dniu siedzenia przed ekranem, odpisywania na maile, poprawiania prezentacji i udawania, że wszystko jest pod kontrolą, padnięta jak pies, usiadłam w kuchni z laptopem, bo facet pojechał do kumpla na mecz, a ja nie umiem odpoczywać, dopóki mi się głowa nie przestanie kręcić od tych wszystkich terminów. Na stole stał słoik ogórków, który moja mama sama zrobiła w sierpniu, obok leżał talerz z resztką kanapek, których nie zjadłam, bo akurat zadzwonił klient, a w tle buczał stary czajnik, który już dawno powinien pójść na emeryturę, ale facet mówi, że nowy to strata pieniędzy. I tak siedziałam, przeglądałam te wszystkie głupoty w internecie, aż w końcu trafiłam na coś, co mnie zatrzymało na dłużej. Nie jakaś tam zwykła reklama, tylko coś o grach, o kasynie online, i pomyślałam sobie: no dobra, raz się kliknie, najwyżej się wyłączy. A że byłam zmęczona i trochę mi się nudziło, to kliknęłam. I wtedy, proszę cię, na jednej z tych stron, gdzieś między regulaminem a jakimś komunikatem, który przeczytałam tylko dlatego, że nie mogłam znaleźć przycisku „dalej”, natrafiłam na https://robsgunsusa.com/. I wiesz co? Zatrzymałam się. Bo pomyślałam sobie: kurczę, człowiek całe życie się stresuje, każdym mailem, każdym raportem, każdym klientem, a tu proszę — ktoś pomyślał o tym, że głowa też potrzebuje odpoczynku. Może to i głupie, ale zrobiło mi się jakoś raźniej. Jakby ktoś powiedział: stara, nie jesteś sama ze swoim zmęczeniem.
Pierwszy wieczór był, delikatnie mówiąc, porażką. Wpłaciłam dwadzieścia złotych, bo więcej mi żal, i wszystko poszło się kochać w jakieś dziesięć minut. Facet wrócił z meczu, spojrzał na mnie znad puszki piwa i pyta: „Znowu te gry?”. A ja, jak ta głupia, odpowiadam: „Nie, przeglądam oferty na wakacje”. I wtedy zobaczyłam, że mam zero. Zero złotych, zero emocji, zero satysfakcji. No dobra, może nie zero emocji, bo poczułam się jak ten dzieciak, co to mu się wydawało, że złapie piłkę, a tu zonk. Zamknęłam laptopa, wypiłam wodę, którą facet mi podał, i poszłam spać. Myślałam, że to koniec. Że to nie dla mnie. Że wrócę do swojego balkonu, do swoich doniczek i do swojej codzienności, i że ta przygoda była tylko chwilowym zauroczeniem, jak te wszystkie reklamy, co to obiecują, że schudniesz w tydzień, a potem okazuje się, że trzeba jednak mniej jeść.
Ale następnego dnia, w piątek, facet pojechał na weekend do rodziców, a ja zostałam sama w mieszkaniu z praniem, które wisiało na balkonie, i z ciszą, która mnie trochę przytłaczała. I wtedy znowu otworzyłam tę stronę. Tym razem nie klikałam na oślep. Zaczęłam czytać, oglądać, sprawdzać, jak to działa. I wtedy natrafiłam na coś, co się nazywało vavada. Nie wiem, czy to jakaś gra, czy zakład, czy co, ale spodobało mi się, że można było zacząć od małych stawek. Takich po złotówce. Jak za dawnych czasów, kiedy się szło do sklepu i kupowało się cukierki za grosze. No i grałam. Powoli, bez pośpiechu, z kawą w jednej ręce i laptopem na kolanach. Facet co jakiś czas pisał mi na messengerze, czy wszystko ok, a ja odpisywałam, że tak, że sprzątam, choć tak naprawdę wpatrywałam się w ekran i liczyłam, czy starczy mi na nowy ekspres do kawy, bo nasz już się w środku wyrobił i kawa była coraz gorsza. I tak zeszło mi do wieczora. A w poniedziałek rano, kiedy facet jeszcze spał, a ja piłam kawę na stojąco, bo miałam call o dziewiątej, zobaczyłam, że wygrałam. Nie miliony, nie żadne wielkie pieniądze, ale na tyle, że mogłam sobie kupić nowy ekspres do kawy, bo stary już przeciekał, i sobie nowy kubek termiczny, bo mój już się w środku wyrobił i kawa stygła w pół godziny. I to uczucie, kiedy zobaczyłam te cyfry na ekranie, było dziwne. Nie euforia, nie jakiś szał. Raczej takie ciche zdziwienie. Jak wtedy, kiedy po raz pierwszy od miesięcy udało mi się skończyć raport przed deadline'em, bez jednej poprawki od szefowej. Siedziałam w kuchni, patrzyłam na ten ekspres, który już był stary, i myślałam: no proszę, jednak coś się jeszcze dzieje. I wtedy znowu przypomniało mi się https://robsgunsusa.com/. Nie wiem czemu, ale pomyślałam, że może to i dobrze, że gdzieś tam ktoś pomyślał o tym, że człowiek w takiej chwili może się zdenerwować albo za bardzo ekscytować. Bo ja, menedżerka na zdalnym, wiem, że emocje trzeba trzymać na wodzy. Jak terminy w kalendarzu — za mocno ściśniesz, to się wszystko posypie.
Facet do dziś się śmieje, że wygrałam ekspres. Ale widzę, że mu się miło zrobiło, bo rano zrobił mi kanapki z szynką, nie z pasztetem, i powiedział, że może w końcu przestanę gadać o tych grach przy śniadaniu. A ja mu mówię: „Kochanie, ja nie gadam o grach, ja gadam o ekspresie”. I oboje się śmiejemy, bo wiemy, że to nie o ekspres chodzi. Chodzi o to, że człowiek w moim wieku czasem potrzebuje czegoś nowego. Nie musi to być od razu wielka przygoda. Wystarczy laptop, dwadzieścia złotych i odrobina ciekawości. A jak się jeszcze przy tym uśmiechnie i kupi sobie ekspres, to już w ogóle sukces. Ja tam wiem swoje. Maile mnie nie oszukają, ale czasem warto dać się zaskoczyć. Nawet jeśli się przy tym przemoknie albo straci kubek. A teraz wybacz, bo facet wraca z siłowni, a ja muszę sprawdzić, czy ten nowy ekspres już się zagotował.
Zaczęło się od tego, że w czwartek wieczorem, po całym dniu siedzenia przed ekranem, odpisywania na maile, poprawiania prezentacji i udawania, że wszystko jest pod kontrolą, padnięta jak pies, usiadłam w kuchni z laptopem, bo facet pojechał do kumpla na mecz, a ja nie umiem odpoczywać, dopóki mi się głowa nie przestanie kręcić od tych wszystkich terminów. Na stole stał słoik ogórków, który moja mama sama zrobiła w sierpniu, obok leżał talerz z resztką kanapek, których nie zjadłam, bo akurat zadzwonił klient, a w tle buczał stary czajnik, który już dawno powinien pójść na emeryturę, ale facet mówi, że nowy to strata pieniędzy. I tak siedziałam, przeglądałam te wszystkie głupoty w internecie, aż w końcu trafiłam na coś, co mnie zatrzymało na dłużej. Nie jakaś tam zwykła reklama, tylko coś o grach, o kasynie online, i pomyślałam sobie: no dobra, raz się kliknie, najwyżej się wyłączy. A że byłam zmęczona i trochę mi się nudziło, to kliknęłam. I wtedy, proszę cię, na jednej z tych stron, gdzieś między regulaminem a jakimś komunikatem, który przeczytałam tylko dlatego, że nie mogłam znaleźć przycisku „dalej”, natrafiłam na https://robsgunsusa.com/. I wiesz co? Zatrzymałam się. Bo pomyślałam sobie: kurczę, człowiek całe życie się stresuje, każdym mailem, każdym raportem, każdym klientem, a tu proszę — ktoś pomyślał o tym, że głowa też potrzebuje odpoczynku. Może to i głupie, ale zrobiło mi się jakoś raźniej. Jakby ktoś powiedział: stara, nie jesteś sama ze swoim zmęczeniem.
Pierwszy wieczór był, delikatnie mówiąc, porażką. Wpłaciłam dwadzieścia złotych, bo więcej mi żal, i wszystko poszło się kochać w jakieś dziesięć minut. Facet wrócił z meczu, spojrzał na mnie znad puszki piwa i pyta: „Znowu te gry?”. A ja, jak ta głupia, odpowiadam: „Nie, przeglądam oferty na wakacje”. I wtedy zobaczyłam, że mam zero. Zero złotych, zero emocji, zero satysfakcji. No dobra, może nie zero emocji, bo poczułam się jak ten dzieciak, co to mu się wydawało, że złapie piłkę, a tu zonk. Zamknęłam laptopa, wypiłam wodę, którą facet mi podał, i poszłam spać. Myślałam, że to koniec. Że to nie dla mnie. Że wrócę do swojego balkonu, do swoich doniczek i do swojej codzienności, i że ta przygoda była tylko chwilowym zauroczeniem, jak te wszystkie reklamy, co to obiecują, że schudniesz w tydzień, a potem okazuje się, że trzeba jednak mniej jeść.
Ale następnego dnia, w piątek, facet pojechał na weekend do rodziców, a ja zostałam sama w mieszkaniu z praniem, które wisiało na balkonie, i z ciszą, która mnie trochę przytłaczała. I wtedy znowu otworzyłam tę stronę. Tym razem nie klikałam na oślep. Zaczęłam czytać, oglądać, sprawdzać, jak to działa. I wtedy natrafiłam na coś, co się nazywało vavada. Nie wiem, czy to jakaś gra, czy zakład, czy co, ale spodobało mi się, że można było zacząć od małych stawek. Takich po złotówce. Jak za dawnych czasów, kiedy się szło do sklepu i kupowało się cukierki za grosze. No i grałam. Powoli, bez pośpiechu, z kawą w jednej ręce i laptopem na kolanach. Facet co jakiś czas pisał mi na messengerze, czy wszystko ok, a ja odpisywałam, że tak, że sprzątam, choć tak naprawdę wpatrywałam się w ekran i liczyłam, czy starczy mi na nowy ekspres do kawy, bo nasz już się w środku wyrobił i kawa była coraz gorsza. I tak zeszło mi do wieczora. A w poniedziałek rano, kiedy facet jeszcze spał, a ja piłam kawę na stojąco, bo miałam call o dziewiątej, zobaczyłam, że wygrałam. Nie miliony, nie żadne wielkie pieniądze, ale na tyle, że mogłam sobie kupić nowy ekspres do kawy, bo stary już przeciekał, i sobie nowy kubek termiczny, bo mój już się w środku wyrobił i kawa stygła w pół godziny. I to uczucie, kiedy zobaczyłam te cyfry na ekranie, było dziwne. Nie euforia, nie jakiś szał. Raczej takie ciche zdziwienie. Jak wtedy, kiedy po raz pierwszy od miesięcy udało mi się skończyć raport przed deadline'em, bez jednej poprawki od szefowej. Siedziałam w kuchni, patrzyłam na ten ekspres, który już był stary, i myślałam: no proszę, jednak coś się jeszcze dzieje. I wtedy znowu przypomniało mi się https://robsgunsusa.com/. Nie wiem czemu, ale pomyślałam, że może to i dobrze, że gdzieś tam ktoś pomyślał o tym, że człowiek w takiej chwili może się zdenerwować albo za bardzo ekscytować. Bo ja, menedżerka na zdalnym, wiem, że emocje trzeba trzymać na wodzy. Jak terminy w kalendarzu — za mocno ściśniesz, to się wszystko posypie.
Facet do dziś się śmieje, że wygrałam ekspres. Ale widzę, że mu się miło zrobiło, bo rano zrobił mi kanapki z szynką, nie z pasztetem, i powiedział, że może w końcu przestanę gadać o tych grach przy śniadaniu. A ja mu mówię: „Kochanie, ja nie gadam o grach, ja gadam o ekspresie”. I oboje się śmiejemy, bo wiemy, że to nie o ekspres chodzi. Chodzi o to, że człowiek w moim wieku czasem potrzebuje czegoś nowego. Nie musi to być od razu wielka przygoda. Wystarczy laptop, dwadzieścia złotych i odrobina ciekawości. A jak się jeszcze przy tym uśmiechnie i kupi sobie ekspres, to już w ogóle sukces. Ja tam wiem swoje. Maile mnie nie oszukają, ale czasem warto dać się zaskoczyć. Nawet jeśli się przy tym przemoknie albo straci kubek. A teraz wybacz, bo facet wraca z siłowni, a ja muszę sprawdzić, czy ten nowy ekspres już się zagotował.